20:07
13 lipiec 2020
poniedziałek

Północna.tv

Ty też masz swój głos!

Ballada o Volkswagenie Golfie III - Niemiecki przyjaciel Polaka

Zamieszczono dnia wt., 2020-03-17 07:59

W całkiem niedalekiej przeszłości był szczęściem wielu rodaków. Od szwagra pożyczali pieniądze na jego zakup w komisie samochodowym w Gnieźnie. Przyjechał z kraju germańskiego, z niedobrymi piwami i kiepską kiełbasą. Setki, tysiące lawet i lor wiozło ich niesamowite liczby z emblematami na tylnej klapie: CL, GL, TDi czy GTD. Stał się też iskrą zapalną dla karier show biznesowych w naszym, pięknym kraju. Sam „Sławomir” od hitu „Miłość w Zakopanem” do dziś chełpi się tym, że każdy mężczyzna, powinien mieć w życiu porządny samochód — a takim wg. niego jest właśnie Golf III. Od początku swojej motoryzacyjnej świadomości, jestem tępicielem Volkswagena Golfa za nudę, jaką wprowadził na nasze drogi. Technicznie prosty, trwały, ale zaprojektowany pod emeryta z Bawarii. Miałem Golfa III.

 

 

zdj. Ta fotka początkowo może nie uświadomi Wam, że GOLF III ma prawie 30 lat !

Fenomen Golfa nie jest zrozumieć trudno. To jedyna Nazistowska spuścizna, jaka otacza nas na co dzień. Golf w prostej linii potomek Garbusa — stworzonego dla robotniczych Niemiec przez dekret Adolfa Hitlera. Golf III jak każdy inny Golf podoba się wszystkim, nie jest wyszukany, jest pospolity - dopasowany do potrzeb Kowalskiego. Trwały, prosty, nieskomplikowany — a jednak dawał radość, był synonimem „Polskiej klasy średniej". Był też samochodem globalnym: świetnie sprawdzał się w Argentynie, Szwajcarii czy Nowym Yorku. W Belgi woził organy do przeszczepu. W Ontario miała go starsza nauczycielka. W Belfaście był samochodem pewnego górnika. Idealny dla każdego z „prawkiem". Intuicyjny w obsłudze, nieposiadający krzty urody i gracji. Wielki przodownik tuningu. Wszechstronny hatchback, rodzinny model Variant, wakacyjny kabriolet czy policyjny... sedan Vento na jego bazie.

Dlaczego dziś zajmujemy się Golfem III ?

Każdy Golf to czyjaś historia. Młoda, ładna studentka zdradzana przez swojego chłopaka miała Golfa III w wersji Bon Jovi. Starszy Pan po zawale, na emeryturze, który w sobotę jedzie przekopać działkę, by posadzić na sezon warzywa lub ozdobne drzewka, też ma lub miał Golfa — model 1.4 o mocy 60 KM. Bez wspomagania, ale z szyberdachem. Twoja sąsiadka, moja szefowa z którejś z firm też miała Golfa III - trzeciego, bo tak jej się spodobał. Twój nielubiany sąsiad. Kolega z pracy, pielęgniarka z trójką dzieci też miała lub ma Golfa. Twój syn ma albo synowa mają lub mieli Golfa - bo tak wypadało, tak było trzeba. Ty sobie kupiłeś Golfa. Kiedyś... albo jeszcze kupisz.

 

 

zdj. Model Variant - czyli combi, nie sprzedawało się tak dobrze jak hatchback. Był jeszcze sedan Vento.

Za każdym Golfem kryje się jakaś historia, czasem jest szczęśliwa, czasem nie. Golf jest trochę jak życie. Czasem sponiewierany przez ekipę remontową, czasem od pasjonata z silnikiem W8 od Passata z wychuchanym wnętrzem w skórach od Recaro - wystawiany na allegro za 50 000 zł. Czasem jest to wspomniany 60-konny 1.4 bez wspomagania kierownicy, toczący się prawym pasem bez lewego światła pozycyjnego. W sumie to bez czegokolwiek nawet tego... lewego badania technicznego. Czasem to 1.9 TDi - samiec alfa w stadzie. 90-konny spalacz ropy, z kulturą pracy jednostki porównywalnej z markową zastawką serca.

Golf III to śmietnik historii — małomiasteczkowych historii. Nie tak dawno dostrzegłem typową sytuację dla Polskich ulic. Pamiętam jak w lecie dwójka młodych, szczupłych mężczyzn w wieku około 19 lat w ciemnych dresach i czapeczkach z daszkiem, z wiadomym znaczkiem firmy na literę N, miało problem z odpaleniem swojego Golfa III. Pchali go kilka razy — auto zdecydowanie nie chciało zapalić (może zamiast na benzynę, wydali pieniądze na fajki). Pewnie już miało to auto dość, ich ruszania z piskiem spod świateł, czy „kręcenia bączków” na ręcznym na parkingu Biedronki po 21-wszej. Niemiec pokonany bez walki, przez młodych Polaków w białych skarpetkach i smartfonem z pękniętym ekranem.

Może to Ciebie Golf zawiózł kiedyś do Lidla na zakupy, może pojechałeś nim kiedyś po matkę do szpitala lub po silikon do marketu budowlanego. Woził Cię na ryby lub do rodziny na Kaszuby, do tego Szwagra co robi dobry bimber. Zawiózł na pierwszą randkę, gdzie siedziałeś w nim 30 minut i uczyłeś się, co jej powiesz. A może miałeś kiedyś w Golfie wypadek... wiesz jakie uczucie sprawia uderzenie o swoją twarz tłuczonego szkła przedniej szyby. Golf III był przyjacielem, był pożądany — dziś, niektóre egzemplarze ciężko sprzedać za 1500 zł.

 

 

zdj. 60-konny 1.4 to absolutna "bieda edition" w rodzinie. Bez wspomagania, ale czasem z szyberdachem.

Dajmy mu odejść z honorem, bo zawsze, kiedy musiał — był dzielny, i, mimo iż „Niemiec płakał, jak sprzedawał" to Polak dowalił swoje i porzucił... jak tego przysłowiowego psa. Ludzie, co się z Wami dzieje. Z Golfem IV było podobnie, choć nie był tak udany jak model 3-ciej generacji.

Miliony marek wydane przez koncern na testy zawieszenia, ktoś dostał ogromne pieniądze kiedyś za to, by dobrać takie, a nie inne plastyki w tym śmiertelnie nudnym kokpicie auta. Ktoś też, bardzo się starał, by tkanina na siedzeniach wytrzymywała bardzo długo użytkowanie. Ktoś projektował silniki, by były optymalne - by jak Polak cofnie licznik o 200 000 km - ten nie dawały wrażenia, że już przejechały 400 000 km . Ktoś, za to też kiedyś dostał jakieś Niemieckie marki, gdy projektował to porywające nadwozie - przy pomocy linijki i niebieskiego absyntu w formacie 0,7 litra na głowę. Żegnaj Golfie III - dałeś radę, a V nie dorasta Ci do pięt.

Tekst i autor: Bartłomiej Chruściński (kiedyś użytkownik Golfa 1.6 GL/1991)