07:02
19 luty 2020
środa

Północna.tv

Ty też masz swój głos!

Tydzień z Prezydentem Adamowiczem

Zamieszczono dnia pon., 2020-01-13 21:18

Gdy w niedzielne południe, rok temu, przyszliśmy do pracy, nikt z nas nie przypuszczał, jak bardzo odmienieni z niej wyjdziemy... sześć dni później. Była niedziela, finał WOŚP, 13 stycznia 2019.

 

Każde z nas z operatorem do pary jechało nagrywać materiał z finału Orkiestry w różnych miejscowościach, my z Paulą do Mokrego Dworu. Działamy szybko, nagrywamy, co potrzebne, nawet same licytujemy. Wracamy naście minut przed godziną 20.00. Paula podłącza kamerę do kompa, żeby zrzucić materiał. Stoję przy swoim biurku w redakcji i patrzę na nią i pozostałych naszych operatorów: Rysia i Maćka, którzy już montowali co przywieźli.

- To jeszcze nie jest koniec roboty na dzisiaj… - mówię w pewnym momencie, sama nie wiem dlaczego. Czekam na Paulę, która w czasie, gdy będzie się zgrywał materiał z kamery na komputer, ma mnie podrzucić do domu, do Gdańska.

 

W samochodzie dostaję telefon od kolegi, Bartłomieja:

- Coś się stało w Gdańsku, żona mówi, że ktoś zranił Prezydenta Adamowicza, ona jest w sztabie. Chwilę temu.

 

Decyzja musi zapaść w ułamku sekundy. Pamiętam wątpliwość: A co jeśli nie? Jeśli nie stało się nic poważnego? Po błyskawicznych konsultacjach, decydujemy się puścić komunikat. Trwa gorąca linia między mną a starszym po fachu kolegą, który ma obok siebie naszą Naczelną. Nerwowo sprawdzam w telefonie, powoli pojawiają się chaotyczne komunikaty innych mediów.

 

Naczelna decyduje, jedziemy na miejsce, pod scenę. Dojeżdżamy z Pruszcza Gdańskiego jakieś 20 minut po tym jak zabrano Prezydenta do szpitala. Chodzę w okolicach sceny, rozmawiam z ludźmi. Wszędzie jest pełno policji, a pod sceną stoją już nieliczni cywile. Robimy transmisję na żywo. Mówię wszystko, czego się dowiedziałam i co widzę na miejscu. Chyba pierwszy raz w taki sposób.

W tamtym momencie najbardziej uderza mnie widok dwóch Pań wchodzących z ulicy Długiej na Targ Węglowy. Widząc płaczących, młodych ludzi, przystanęły i jedna z nich spytała: Co się stało? - wtedy były dla mnie jak z innego świata.

Paula odwozi mnie do domu. Milczymy całą drogę.

 

W mieszkaniu zastaję wszystkich skupionych wokół telewizora, gdzie w pętli leci nagranie ze sceny. Trwa odliczanie, strzelają światła, Stefan W. biegnie po scenie, atakuje Prezydenta, zabiera konferansjerowi mikrofon. Krzyczy ze sceny swoje imię. I tak w kółko, i tak w pętli.

- Ja nie rozumiem tego świata – mówi moja teściowa, lat 86 – Jak tak można...człowieka…

- Mamo, czy prezydent umrze? Ty na pewno coś wiesz, przecież pracujesz w mediach – pytała moja wówczas niespełna 10-letnia córka.

- Nie wiem – nic więcej nie byłam w stanie jej odpowiedzieć.

Oglądałam dziesiątki razy film z momentu ataku. Wśród osób na scenie rozpoznaję znajomego konferansjera. O Jezu, Andrzej – pomyślałam wtedy jedynie tyle. Później napisałam do niego na komunikatorze życzenia, żeby się trzymał, i że o nim myślę. Odpisał po trzech tygodniach.

Tymczasem w redakcji kocioł. Materiały z WOŚP czekają na złożenie, Prezydent jest operowany w szpitalu. Nasi operatorzy dwoją i troją, na zmianę składają i jeżdżą pod szpital. Operacja trwa. Po kilku godzinach wychodzą lekarze. Operacja zakończona, pacjent żyje. Noc dłuży się niemiłosiernie, snuję się po domu z kąta w kąt.

 

Rano jadę do redakcji. W kolejce słucham wypowiedzi wojewódzkiego konsultanta, który dokładnie opisuje obrażenia Prezydenta. W redakcji są już Maciek i Bartek, Ryś został pod szpitalem. W kącie redakcji stoi złożony materac. Nie pamiętam kto na nim spał. Zastanawiamy się jak poprowadzić ramówkę. Wyrzucamy wszystkie inne tematy. Zostaje tylko to. W okolicach jedenastej proszę Maćka, żeby przygotował krótkie, czarno-białe wspomnienie z najlepszych ujęć Prezydenta, jakie mamy w archiwach. Do dziś pamiętam jak popatrzył na mnie z wyrzutem.

- Musimy być gotowi, choćbyśmy mieli tego nigdy nie użyć – wzruszam ramionami.

- Ona ma rację – Bartek odpowiedział wtedy Maćkowi na niewypowiedziane pytanie.

Chwilę po godzinie 15 Ryś rozpoczął transmisję spod szpitala. Czarno-białe wspomnienie wyemitowaliśmy natychmiast po jej zakończeniu…

Do redakcji przyjeżdża Natalia, dziewczyna Maćka. Płacze. Maciek ją przytula. Widze, że oboje bardzo emocjonalnie reagują. Dociera do mnie, że mają po dwadzieściakilka lat, są młodzi, nie pamiętają tego, co działo sie po śmierci Jana Pawła II, po katastrofie smoleńskiej. Dla mnie i Bartka - jako, że jesteśmy starsi - to już trzecie takie wydarzenie. Moje w mediach pierwsze. Zaczynam się gdzieś w środku obawiać, czy dadzą radę. Szczególnie Maciek i Paula. Obserwuję każde z nich, gdy tylko mogę, żeby móc zareagować, kiedy będzie trzeba. Zadaję im głupie pytania, czy spali, albo kiedy ostatnio coś jedli. Ale są dzielni. Śpią, gdy tylko znajdują wolną chwilę, zmieniają się przy materiałach. Wszystko dzieje się tak szybko.   

Wieczorem Aneta i Maciek jadą na Długi Targ i transmitują na żywo. Dziś jeszcze pamiętam niekończące się morze głów, płynącą nad nimi naszą kamerę i przecinający powietrze chropowaty głos Davida Draimana z grupy Disturbed śpiewającego „The sound of silence” wywołujący ciarki wszędzie. I tą upiorną, nasączoną smutkiem ciszę w sercu Gdańska.

 

Następnego ranka prosto z kolejki zamiast na autobus do Pruszcza Gdańskiego kieruję się pod Urząd Miejski. Przy wejściu stoją znicze i leżą kwiaty, dziecięce rysunki. Cały czas dochodzą pojedynczy ludzie i dostawiają znicze. W Urzędzie leży księga pamiątkowa. Kolejka do niej już rano liczy z kilkadziesiąt metrów. Cicho wchodzę, robię zdjęcia. Nie chcę przeszkadzać gdańszczanom czekającym cierpliwie, w milczeniu.

Jedna z urzędniczek otwiera dla mnie opasłe tomiszcze poprzedniej księgi, całej już zapisanej. Robię zdjęcia wpisom. Większość zamieścili ludzie, którzy nigdy w życiu nie spotkali Prezydenta na żywo. Docieram do Pruszcza późno. W redakcji nie ma nikogo. Nadal w ramówce tylko ten jeden temat. Informacje z prokuratury, urzędu miasta i tak w kółko. Potrzebuję jakiegoś „historycznego” tekstu. Z pomocą przychodzi gdański oddział IPN i Jan Hlebowicz, który opisał opozycyjną kartę z życiorysu Prezydenta. Wracam do Gdańska około 17. Znowu idę pod Urząd Miasta na Nowych Ogrodach, pada deszcz ze śniegiem, jest lodowato. Pod Urzędem stoi morze zniczy i tłum ludzi.

Spieszę się do domu, dziś moja córka kończy 10 lat. W prezencie jest książka, a zamiast tortu ze świeczkami długa rozmowa o przemijaniu i śmierci. Sama zaczęła temat. Chyba obie zapamiętamy ten dzień. Próbuję się położyć. Mąż przynosi mi kolację do łóżka.

- Jadłaś coś dzisiaj? Bo wyszłaś rano bez śniadania.

- Nie, chyba nie.

- Wczoraj też nie widziałem, żebyś coś jadła.

- Nie pamiętam.

Ale to i tak nie miało żadnego znaczenia.

 

W środę ramówka wygląda podobnie. Publikujemy wieści z prokuratury. Szukamy informacji, których nikt jeszcze nie ma. Udaje mi się dotrzeć na konferencję prasową Aleksandry Dulkiewicz na temat uroczystości pogrzebowych. W trakcie trwania konferencji stoimy ściśnięci jak śledzie. Opieram telefon o ramię koleżanki po fachu z innej stacji, za to operator Polsatu dzielnie walczy z moim kapturem dla dobrego kadru. Przypominamy Grupę Laokona przez 20 minut. Wieczorem Paula z Rysiem nagrywają spotkanie gdańszczan przy ECS. Pilnuję, żeby w transmisji nie było błędów. Skóra mi cierpnie, gdy słucham słów Antoniny. Serce Światła ułożone ze zniczy mówi samo za siebie. Nie wymaga żadnego komentarza.

 

W czwartek razem z Rysiem jeździmy po sąsiednich gminach i powiatach i zbieramy wspomnienia samorządowców, którzy pracowali lub współpracowali z Prezydentem. Odwiedzamy burmistrza Pruszcza Gdańskiego Janusza Wróbla, wójt Gminy Pruszcz Gdański Magdalenę Kołodziejczak, Jedziemy do wicestarosty powiatu starogardzkiego Patryka Gabriela i do Skarszew do burmistrza Jacka Pauli. Mówią o osobistych wspomnieniach, o Pawle Adamowiczu - koledze z samorządu. Dziś nie pamietam, co dokładnie mówili. Pamiętam, że wójt Kołodziejczak płakała. Już nawet nie rozmowy, ale samo słuchanie jest dla mnie trudne. Tego samego dnia wieczorem trumna z ciałem Prezydenta trafia do ECS-u. Na miejscu są Aneta z Rysiem. Przed wejściem do ECS stoją kilometrowe kolejki. Gdańszczanie chcą pożegnać swojego Prezydenta.

 

W piątek od rana z Rysiem dalej rozmawiamy z ludźmi, tym razem z gdańszczanami i gdańszczankami, seniorami Klubu Seniora Motława i Wojciechem Styborem. Nie wiem czy Rysiek spał cokolwiek, ja trochę. Nie pamiętam, żeby ktoś zapytany nie płakał, może pan Wojtek trzymał się do końca nagrania. Gdzieś w głębi duszy wiem, że musimy to zrobić, że trzeba dokończyć, a z drugiej strony marzę, żeby położyć się spać i obudzić się po wszystkim. Wieczorem trumna z ciałem Prezydenta zostaje przeniesiona podczas Ostatniego Spaceru ulicami Gdańska do Bazyliki Mariackiej. Aneta transmituje cały przejazd. Robi to po mistrzowsku z ogromną ofiarnością, marznąc na kość.

Maciek transmituje mszę. Później jeszcze składa film z drugiej kamery. Nikt nie wie, kiedy śpi. Po 20 razem z mężem jedziemy do Bazyliki, żeby stanąć przed trumną. Wahamy się czy zabrać córkę, decydujemy, że zostanie w domu z babcią. Przed wejściem do świątyni czekamy dwie godziny wraz z morzem innych ludzi.

W samym kościele spędzamy kolejną godzinę powoli przesuwając się w wielokrotnie skręconej kolejce, która tworzy jakiś abstrakcyjny wzór. Z szacunku schylamy głowę przed trumną. Mąż nigdy nie był zwolennikiem Prezydenta, a jednak poszedł tam ze mną. Po prostu chciał.  

Właściwie nie pamiętam jak wróciliśmy do domu. Chyba nawet nie dopiłam herbaty, a zasnęłam jeszcze zanim położyłam głowę na poduszce.

 

W sobotę od rana z Rysiem działamy przy komputerach, Aneta, Maciek i Paulina są w Bazylice. Transmitujemy, komentujemy, ja piszę na portalu, obrabiam zdjęcia. Uroczystość zaczęła się o 10, wszystkie redakcyjne tematy kończę około 16 i dopiero wtedy wychodzę z pokoju, żeby coś zjeść, coś ogarnąć w domu. Jest po wszystkim. Po pracy. Jest sześć dni później. Zamykam komputer, ubieram buty i wychodzę z domu na spacer po Gdańsku, który już nigdy nie będzie taki sam jak przed tygodniem. Tak samo jak my.

red/foto

Karolina Łucja Białke